Hurtownia chemii profesjonalnej i środków czystości we Wrocławiu
Rodzinna firma, która zaopatruje ekipy sprzątające, hotele, kuchnie i zarządców budynków. Przyjedzie pan z listą — dobrze. Przyjedzie pani z pytaniem — jeszcze lepiej.
Rodzinna firma, która zaopatruje ekipy sprzątające, hotele, kuchnie i zarządców budynków. Przyjedzie pan z listą — dobrze. Przyjedzie pani z pytaniem — jeszcze lepiej.
Zanim cokolwiek sprzedamy, pytamy, co i gdzie ma być czyszczone, bo przez lata widzieliśmy zbyt wiele zmatowionych posadzek, przebarwionej stali i fug, na które ktoś wylał preparat o dwa razy za mocnym stężeniu. Tak po prostu wychodzi taniej. Dobór środka zaczyna się od powierzchni, rodzaju zabrudzenia i tego, jak szybko pomieszczenie musi wrócić do użytku, a dopiero na końcu rozmawiamy o pojemności i cenie. Sprzedajemy hurtowo, ale nie tylko paletami. Jeden kanister albo karton też wydamy, jeśli ktoś chce najpierw sprawdzić preparat na swoim obiekcie, zanim zamówi go na cały kwartał.
Na miejscu nie ma sklepu z koszykami i półkami do przeglądania. Jest lada, magazyn i ludzie, którzy znają swój towar na tyle, żeby czasem odradzić zakup.
Kto kupuje u nas pierwszy raz, zwykle dzwoni z jednym konkretnym problemem: tłusty nalot na okapie w restauracji, szare fugi w hotelowej łazience, klatka schodowa, która po myciu jest śliska. Od takiej rozmowy zaczyna się większość stałej współpracy, bo łatwiej zaufać komuś, kto najpierw rozwiązał jeden kłopot, niż komuś, kto od razu przysyła cennik. Resztę asortymentu klient poznaje przy okazji.
Gdy ktoś przy ladzie prosi o „coś najmocniejszego”, zwykle pytamy najpierw, jaka to powierzchnia. Zbyt mocny środek na kamieniu czy lakierze zostawia matowe plamy, a jego resztki trzeba potem zmywać czymś innym. Często wystarcza słabsze stężenie i dłuższy czas działania.
Ceny w hurtowniach bywają podobne, więc nie o nie tu chodzi. Różnicę robi to, co dzieje się przed zakupem i tydzień po nim.
Kamień naturalny, winyl, lakierowane drewno i stal nierdzewna reagują na chemię zupełnie inaczej, a kwaśny odkamieniacz, który świetnie działa w łazience, potrafi w minutę zmatowić marmurowy parapet. Dlatego pierwsze pytanie brzmi zawsze tak samo. Na czym to ma pracować?
Kontrola sanepidu albo audyt BHP zaczyna się od segregatora z kartami, więc wydajemy je razem z towarem, wydrukowane lub w pliku. Nikt nie musi ich szukać na stronach producentów.
Koncentrat za kilkadziesiąt złotych bywa w praktyce tańszy od gotowego płynu za kilkanaście, bo rozcieńcza się go jeden do dwustu. Przeliczamy to na głos przy ladzie, żeby było widać, skąd bierze się różnica. Wtedy decyzja jest prosta.
Telefon przed dziesiątą zwykle oznacza, że po czternastej wszystko stoi spakowane przy rampie, podpisane nazwą firmy. Przy większych ilościach mówimy od razu, ile trzeba poczekać.
Zdarza się, że preparat dobrany rozsądnie nie radzi sobie z konkretnym brudem, na przykład z osadem z twardej wody w starej instalacji. Wtedy prosimy o zdjęcie, szukamy przyczyny i proponujemy coś innego.
Najwięcej szkód w małych firmach sprzątających nie robi zły preparat, tylko dwa dobre, zlane razem do jednego wiadra albo postawione na tej samej półce w ciepłym schowku. Przy pierwszym zamówieniu tłumaczymy to spokojnie, bez straszenia. Raz wystarczy.
Nie każdy potrzebuje tego wszystkiego. Firma, która od lat kupuje te same trzy koncentraty, dzwoni, podaje ilości i przyjeżdża po odbiór, a my nie zabieramy jej czasu.
Historia jest krótka i mało efektowna, jak w większości rodzinnych firm, które rosły razem z klientami, a nie z planem inwestycyjnym. Warto ją jednak znać.
Tłumaczy bowiem kilka rzeczy, które nowych klientów czasem dziwią: dlaczego nie mamy sklepu internetowego, dlaczego o zamówienie pytamy przez telefon i dlaczego przy ladzie rzadko stoi ktoś spoza rodziny. Tak po prostu pracujemy od początku.
Jan, ojciec Beaty i Marka, zaczyna od rozwożenia płynów do podłóg po kilku wrocławskich szkołach i przychodniach. Magazynem jest garaż, a biurem kuchenny stół. Zamówienia spisuje w zeszycie, który do dziś leży w szufladzie przy ladzie.
Garaż przestaje wystarczać. Wynajmujemy halę przy ulicy Budowlanych, tę samą, w której jesteśmy do dziś, tylko wtedy zajmowaliśmy jej jedną trzecią. Pierwsze stałe umowy podpisują z nami dwie firmy sprzątające biurowce, które kupują u nas do dziś.
Beata przejmuje zakupy i porządkuje asortyment wokół koncentratów, bo firmy sprzątające zaczęły pytać o koszt roztworu, a nie o cenę opakowania. Od tego roku każdy produkt ma u nas kartę charakterystyki w segregatorze.
Działalność przechodzi w spółkę VALTECH TORS POLSKA Sp. z o.o. Zmienia się forma prawna, ludzie przy ladzie zostają ci sami.
Do firmy przychodzi Tomasz, który wcześniej prowadził księgowość kilku klientom hurtowni i znał nas od drugiej strony faktury. Od tego czasu rozliczenia przestają być rodzinną improwizacją.
Do zespołu dołącza Kasia, córka Beaty, i bierze na siebie telefony od hoteli i gastronomii, które potrzebują towaru na już.
Zajmujemy całą halę, a Jan wpada w piątki, sprawdza porządek na regałach i opowiada klientom, jak kiedyś się sprzątało. Słuchają chętniej, niż można by sądzić.
Jest nas niewielu, więc dobrze wiedzieć, do kogo z czym się zwrócić. Oszczędza to czas obu stronom.
Z nią rozmawia się o nietypowych powierzchniach i o tym, czy dany koncentrat opłaca się przy waszym zużyciu. Zanim coś poleci, zada trzy pytania.
Pilnuje, żeby zamówienie było kompletne i dobrze zapakowane, a kanistry z kwasem nie jechały obok chloru. Pomoże też zapakować auto.
Odbiera większość telefonów rano. Hotele i kuchnie znają ją najlepiej, bo to ona układa pilne wydania na ten sam dzień.
Do niego trafiają pytania o terminy płatności, korekty i dokumenty dla księgowości. W czwartki po południu łatwiej go złapać niż w poniedziałek.
Formalnie na emeryturze, w praktyce nie potrafi odpuścić. Jeśli trafi pan na niego przy regale, warto zapytać o stare sposoby na kamień w kranach.
Gdy dzwonisz, nie musisz wiedzieć, z kim chcesz rozmawiać. Kasia albo Beata przełączą rozmowę, a jeśli wszyscy są akurat przy wydaniach, oddzwonimy tego samego dnia, zwykle w ciągu godziny.
Stanowisko przy ladzie, gdzie spisuje się zamówienia. Stary monitor zostaje, dopóki działa.
Obok leży zeszyt z numerami stałych klientów, bo przy pilnym wydaniu szybciej go przekartkować, niż szukać w programie. Beata twierdzi, że to przyzwyczajenie. Pewnie ma rację.
Telefon jest najszybszą drogą, bo zamówienie przyjęte rano można odebrać jeszcze tego samego dnia. Po południu, kiedy przy rampie robi się spokojniej, łatwiej też dopytać o szczegóły większej dostawy.
Wjazd do hurtowni jest od podwórza, a nie od strony ulicy, i to właśnie tu gubi się większość osób, które jadą do nas po raz pierwszy. Brama stoi otworem w godzinach wydań. Za nią na placu można zaparkować osobówkę albo busa tuż przy rampie, więc nie trzeba nosić kanistrów przez pół podwórka.
Samochód powyżej 3,5 tony na plac się nie zmieści. Rozładunek większej dostawy trzeba ustalić telefonicznie, najlepiej dzień wcześniej, a wtedy Marek wyjdzie z wózkiem na ulicę.
Przy pierwszym zakupie na fakturę przydadzą się pełna nazwa firmy i NIP, bo bez nich dokument trzeba potem poprawiać, a to zawsze trwa dłużej niż samo wystawienie. Warto też wiedzieć, na jakiej powierzchni preparat ma pracować i ile mniej więcej zużywacie w miesiącu. Resztę ustalimy przy ladzie.
Na koniec rzecz praktyczna, o której łatwo zapomnieć. Kanistry z kwasami i z preparatami chlorowymi przewozimy w osobnych skrzynkach, więc jeśli jedziesz małym autem, zostaw miejsce na dwie paczki zamiast jednej.